Bloog Wirtualna Polska
losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Gabońskie opowieści brata Łukasza

poniedziałek, 21 września 2009 19:48

Cioteczki


W kraju, gdzie nie ma zimy ani suszy i gdzie właściwie cały rok jest zielono i można zbierać bez przerwy różne owoce i dary natury, mieszkańcy nie mają potrzeby magazynowania żywności, budowania spichlerzy i piwnic. Poza tym tropikalny klimat bardzo szybko niszczy wszelkie produkty spożywcze, szybki jest proces gnicia, szybkie są także mrówki i inne owady gromadzące się prawie natychmiast przy pozostawionej na stole okruszynce chleba czy przy ziarenku cukru. Prawdopodobnie to było przyczyną tego, że Afrykańczycy z regionu lasów tropikalnych mają problemy z myśleniem o przyszłości i z robieniem jakichkolwiek oszczędności. W tradycyjnej afrykańskiej koncepcji czasu, przyszłość to maksymalnie kilka dni do przodu, liczy się bardziej to, co jest teraz lub daleka przeszłość zaludniona przez rzesze przodków. W językach lokalnych nie ma nawet określeń na przyszłość dłuższą od tych kilku dni. Jeśli dorzucimy jeszcze życie w ciągłej niepewności, w zależności od sił natury, w ciągłym zagrożeniu życia przez choroby i niebezpieczne zwierzęta, to zrozumiemy, dlaczego w Afryce warto cieszyć się dniem i nie myśleć, o tym, co może nam przynieść jutro.

             Ponieważ przyzwyczajenia i mentalność zmieniają się powoli, w dzisiejszym świecie, gdzie operuje się pieniądzem Afrykańczyk ma wciąż problemy z takimi sprawami jak oszczędzanie, podzielenie pieniędzy na cały miesiąc czy zostawienie sobie jakiejś sumy na nagłe przypadki. Pokusa wydania wszystkiego pierwszego dnia jest zbyt duża. Podobnie trudno jest zbierać przez kilka miesięcy pieniądze na jakąś większą inwestycję (dodatkowym zagrożeniem okazują się złodzieje i sama rodzina, przed którą ciężko coś schować w domu). Czasem ktoś przychodzi prosić, by przechować mu pieniądze na budowę domu i wypłacać etapami, gdy trzeba będzie zapłacić za cement lub żwir, bez ogródek przyznając się, że  obecność tych pieniędzy w domu to ciągła pokusa wydania ich natychmiast na mało ważne rzeczy.

             Jest jednak w Gabonie pewna instytucja, która pomaga, choć raz na jakiś czas, mieć konkretne pieniądze i spożytkować je dla dobra rodziny, chodzi tu o „Cioteczki". Cioteczki to przyjacielska umowa kilkunastu pań (panowie też mogą, ale im trudniej o dyscyplinę), które pracują i dysponują miesięcznie jakąś sumą (najczęściej jest to 30 000 do 100 000 franków CFA, gdzie 3000 to dniówka niewykwalifikowanego robotnika). Cioteczki zbierają się co miesiąc i wpłacają do wspólnej kasy odpowiednią składkę, również co miesiąc jedna z cioteczek, według kolejki, otrzymuje tę wspólną kasę dla siebie. W ten sposób po kilkunastu miesiącach wpłat przychodzi chwila, gdy otrzymuje się do ręki dużą sumę pieniędzy, dzięki której można zrealizować swoje marzenia lub dokonać większej inwestycji. Cioteczka, która w danym miesiącu zabiera wszystko, zaprasza koleżanki do siebie i przekazanie pieniędzy dokonuje się w atmosferze imprezowej. W rejonie gdzie mieszkamy, nawet na wioskach, wiele osób zaangażowanych jest w „ruch cioteczkowy" i wszyscy są z tego powodu bardzo zadowoleni.

  Ruch kołowy

            Jak na możliwości finansowe kraju, Gabon ma słabą infrastrukturę związaną z transportem. Drogi są złej jakości, pełne dziur i najeżone niespodziankami typu brak pokrywy od studzienki lub odcinek kompletnie zalany wodą, która nie może odpłynąć zatkanymi odpływami. Jest oczywiście szeroka arteria w Libreville, lecz w pewnych godzinach całkowicie zakorkowana. Samochodów jest za dużo jak na możliwości miasta, większość to stare Toyoty osobowe, sprowadzane z Europy, trzymające się na lakierze i drucikach. Najczęściej wozy te zarabiają jako taksówki, czyli praktycznie jedyny transport publiczny w stolicy. Jest oczywiście kilka autobusów, ale to kropla wody w morzu potrzeb, poza tym zbyt często widzi się wraki tych autobusów na poboczu, spalone od jakiegoś zwarcia - to nie zachęca do podróżowania! Na ulicach Libreville widać całkiem dużą ilość ładnych i drogich samochodów prywatnych, co świadczy o tym, że jest to kraj dysponujący potencjałem finansowym i mieszkają tu ludzie naprawdę bogaci. Króluje oczywiście Toyota ze swoimi terenówkami Prado, Land Cruiser i pick-upem Hilux, potem jest Mitsubishi, Mazda i Isuzu, ale części do nich są droższe od tych z Toyoty, więc ta ostatnia wygrywa. Libańczycy przywieźli do Gabonu modę na Hamery, a Chińczycy próbowali zabłysnąć swoją półterenówką na benzynę Gonow - to te samochody rozdawał prezydent przed reelekcją, ale okazały się za delikatne na afrykańskie drogi.

            Ruch uliczny naznaczony jest dużą wolnością, każdy jeździ jak chce, rażące łamanie przepisów to codzienność, dzikie włączanie się do ruchu, wyprzedzanie na trzeciego i czwartego - to wszystko przyprawia przybysza z Europy o zawał serca. Bardzo często samochody są na granicy sprawności, jeździ się nimi aż do kompletnego zajeżdżenia. Wiele osób nie robi przeglądów technicznych, nie wymienia olejów, tylko dolewa paliwo i jeździ, co skutkuje krótką żywotnością pojazdów. Większość taksówkarzy to Nigeryjczycy i na oczy nikt z nich nie widział prawa jazdy, no chyba że podrobione. Dlatego głównym zajęciem żandarmerii i policji jest zatrzymywanie co chwila wszystkich taksówek i ściąganie haraczu. Policja zresztą jest utrapieniem kierowcy, zwłaszcza Białego, sprawdzają, co tylko się da, żeby móc się do czegoś przyczepić. Natomiast kierowanie ruchem jest ostatnią rzeczą, za którą się zabierają i bardzo dobrze, bo z reguły bałagan robi się jeszcze większy, skrzyżowanie jest sparaliżowane i trzeba dzwonić po żandarmerię francuską w obozie wojskowym, żeby przyjechała rozładować korek.

            Niebezpieczniejsze od miasta są drogi wiejskie i jedyna wylotówka ze stolicy. Kierowanie samochodem polega na bacznej obserwacji dziur w asfalcie i na kompletnym braku zaufania do innych uczestników ruchu. Jazda w nocy to już kompletna udręka, mało który samochód ma wszystkie światła, często mają tylko jedno długie z prawej strony i tyle, samochody widma wynurzające się z mroku nie są rzadkością, a prawdziwym niebezpieczeństwem są pozostawione na brzegu drogi wielkie ciężarówki z balami drewna, które nie mają żadnego oświetlenia, nawet odblaskowego i które zauważa się przed sobą w ostatnim momencie. Wypadków jest dość dużo i wiele z nich jest śmiertelnych, najczęściej giną pasażerowie busików-taksówek lub osoby siedzące na towarowej części pick-upów. Obserwując zachowania kierowców przewożących pasażerów nasuwa się przypuszczenie, że nie mają oni za grosz odpowiedzialności ani umiejętności przewidywania. Zdecydowanie jazda samochodem w Gabonie jest równie męcząca i denerwująca jak tutejszy tropikalny klimat.

 Ofiary rytualne

             Co jakiś czas w mediach gabońskich powraca temat składania ofiar z ludzi, a dokładniej z małych dzieci. Jest nawet wydana na ten temat specjalna książka jednego ze stowarzyszeń, które walczy z tą praktyką. W książce tej umieszczone są fotografie ofiar znalezionych w lesie lub wyrzuconych przez morze (w Europie takie zdjęcia by nie przeszły, ale tutaj media są bardzo realistyczne). Tragiczne w tym wszystkim jest to, że tych morderstw nie dokonują jacyś zagubienie w dżungli szamani, ani tak zwany ciemny lud pozbawiony edukacji i kontaktu ze światem, lecz ludzie wykształceni, zajmujący niekiedy wysokie stanowiska w aparacie państwowym. Oczywiście z reguły nie robią tego osobiście, ale zlecają taki mord i zamawiają pewne części ciała ofiary, które następnie się zjada lub z których wytwarza się specjalne fetysze ( chodzi na przykład o wargi, powieki czy organy płciowe).

            Dawniej składano w ofierze dzieci i zakopywano je w fundamentach nowego budynku, dziś dzieci giną, by zapewnić powodzenie i władzę zleceniodawcom. W Afryce Zachodniej ofiarami padają najczęściej dzieci albinosy, specjalne bandy włamują się do domu, ogłuszają rodziców i zabijają dziecko, często krojąc je na miejscu i pakując do worków, by potem sprzedać poszczególne organy według zamówienia. W Gabonie w dawnych czasach najtrudniej było przeżyć bliźniakom, dziś każde dziecko jest zagrożone. Opowiada się nawet historie o samochodzie z przyciemnianymi szybami, który przejeżdża przez wioski blisko stolicy i porywa dzieci wracające ze szkoły. Rzeczywiście incydenty tego typu wzmagają się w okresach przedwyborczych, co potwierdza tezę, że ofiary zamawiane są przez polityków, w celu zapewnienia sobie reelekcji lub awansu politycznego.

             Ostatnio przyszły do nas dwie kobiety prosząc o radę, pierwsza opowiadała, jak rodzina zabrała jej na ofiary trójkę młodszych dzieci, a teraz chcą żeby im oddała najstarszą córkę. Opowiadała o tym z taką swobodą, jak opowiada się o tym, że się coś kupiło lub o dzisiejszej pogodzie. Przyszła spytać się księdza czy ma im córkę dać czy lepiej nie, przeraziło mnie to, że gdyby ksiądz powiedział „Daj i już" to ona by dała, nie widząc w tym jakiejś tragedii. Myślę, że ona nie funkcjonowała już normalnie i rodzina to wykorzystywała.

Druga kobieta, bardzo młoda, przyszła przy okazji swojej wizyty u rodziny na wsi. Była w ciąży z drugim dzieckiem, które jej narzeczony chciał złożyć w ofierze. Obiecywał jej małżeństwo (a taka obietnica działa tutaj bardzo mocno), zabezpieczenie finansowe i wygody, żeby tylko zgodziła się oddać dziecko po porodzie. Jej narzeczony jest podobno ważnym dyrektorem w administracji państwowej i należy do Różokrzyżowców. Dość otwarcie mówi się tutaj, że tego typu organizacje, jak również sama Masoneria, mają w Afryce swoje specyficzne i krwawe oblicze, połączone z ideą składania ofiar z ludzi.

Br. Łukasz Woźniak OFMCap

(br. Łukasz (na zdjęciu wyżej) przez 3 ostatnie lata pracował w Gabonie, obecnie przebywa w Lublinie pełniąc funkcję rektora w naszym seminarium kapucyńskim.

komentarze (2) | dodaj komentarz

Wizyta Ojca Świętego w Kamerunie

wtorek, 07 kwietnia 2009 10:28
 W dniach od 17 do 23 marca 2009 roku Papież Benedykt XVI zaszczycili swa obecnością dwa kraje afrykańskie, Kamerun i Angolę. Po skompletowaniu pięcioosobowej grupy składającej się z o. Franciszka Tołczyka, s. Estery, przełożonej sióstr klarysek, br. Mutien od Braci Świętego Gabriela, ks. Krzysztofa Kowalczyka, kapelana wojsk francuskich i mnie wyruszyliśmy z Gabonu do Kamerunu na spotkanie z Papieżem. Był to mój pierwszy wyjazd, by zobaczyć inny kraj afrykański i doświadczyć innej niż gabońska kultury.

Yaunde, stolica Kamerunu, malowniczo usytuowana na siedmiu wzgórzach, jest mniej zasiedlona przez białych niż Gabon. Biali trzymają się bardziej brzegu oceanu więc są dużo liczniejsi w Duala największym mieście Kamerunu, głównym porcie i jednocześnie centrum gospodarczym kraju.

Mapa Kamerunu

   W Kamerunie pracuje sporo misjonarzy polskich lecz mają placówki raczej w buszu niż w stolicy. Klimat jest bardziej znośny, jak to oni sami określają: w Gabonie jest klimat tropikalny wilgotny a u nich tropikalny suchy. Ludność jest bardziej otwarta na obcokrajowców i chyba mniej praktykują religie afrykańskie, ponieważ rzadko spotykaliśmy świątyńki przy zabudowaniach, nie tak jak w Gabonie.

Benedykt XVI w Kamerunie

Papież został przyjęty bardzo serdecznie a cała wizyta była przygotowana bardzo dobrze i z rozmachem. Spotkania i przejazdy były tak zorganizowane by jak największa ilość ludności mogła zobaczyć Ojca Świętego z bliska. W przeciwieństwie do Europejskich mediów homilie i nauki Benedykta XVI były przyjęte przez Afrykańczyków bardzo ciepło i ze zrozumieniem. Wiele osób mówiło, że Papież, jak dobry i porządny ojciec, dobrze radzi i naucza lecz my (Afrykańczycy) jesteśmy nieposłuszni i nie kwapimy się z wprowadzeniem tego w życie.

Bracia kapucyni z Kamerunu

   Po Mszy świętej na stadionie spotkała nas miła niespodzianka a mianowicie natknęliśmy się na kapucynów z Kamerunu oraz braci studentów z różnych innych krajów afrykańskich naszego regionu. Nie mieliśmy wiele czasu na pogaduchy ale spotkanie, choć krótkie, było naprawdę braterskie i serdeczne. Bracia dopytywali się kiedy pierwsi Gabończycy dołącza do nich? No cóż, Bóg to wie...

Br. Sławek i siostry

  Po tygodniowym pobycie w Kamerunie wróciliśmy - przynajmniej ja - z przekonaniem że Afrykańczycy są bardzo różnorodni a bogactwo kulturowe Afryki jest przeogromne.

   br. Sławomir Ziątek

komentarze (4) | dodaj komentarz

Orzeszki ziemne z Gabonu...

środa, 04 marca 2009 12:24

Ostatnimi czasy głośno się zrobiło o Gabonie, a wszystko to za sprawą polityków, którzy okazali zainteresowanie tym krajem podając go jako przykład. Wdzięczni jesteśmy za to, że dzięki temu więcej ludzi dzisiaj wie o istnieniu tego kraju w Afryce. Gabon może nie jest specjalistą od produkcji orzeszków ziemnych, ale na pewno oferuje przeżycie prawdziwej afrykańskiej przygody. Poniżej zamieszczam krótką relację po miesięcznym pobycie w Gabonie, jaki stał się niedawno moim udziałem.
Dzieci Gabonu
Afryka to kontynent kontrastów, udając się tam można zobaczyć zarówno wielką biedę, jak i bogactwo, niezwykle żywą faunę i florę i ludzi, którzy potrafią egzystować w bardzo trudnych niekiedy warunkach. Można powiedzieć, że jest to inny świat, odmienny od europejskiego, świat, którym można się zachwycić. Moje doświadczenie Afryki jest bardzo okrojone - wręcz ograniczone do niewielkiego jej skrawka - Gabonu, jednakże w osobistym odbiorze jest to doświadczenie niezwykle bogate.
13 grudnia udało mi się z kilkudniowym opóźnieniem wylecieć do Gabonu na miesięczny pobyt. Droga była długa, okrężna, z dwiema przesiadkami i czterema lądowaniami, co wynikało z poszukiwań tańszego połączenia. Z Polski wyleciałem sam. Na lotnisku w Addis Abebie (Etiopia) spotkałem polskie małżeństwo: Elę i Darka Malejonków, z którymi udaliśmy się wspólnie do naszych braci w Gabonie.

Kapucyni w Gabonie
Dariusz „Maleo" Malejonek jest znanym w Polsce muzykiem tworzącym takie zespoły jak min.: Maleo Reggae Rockers, Izrael, 2Tm 2,3, czy Arka Noego. Ostatnimi czasy grał dla nas koncerty w Lublinie i w Serpelicach. Oboje z małżonką od kilkunastu lat odbywają formację na drodze neokatechumenalnej. Pragnęli zobaczyć Afrykę, co też im się udało dzięki TVP i salezjanom, z którymi polecieli do kilku krajów (Tanzania, Zambia, Ruanda, Etiopia), aby nakręcić film o polskich wolontariuszach salezjańskich. Po pobycie w tych krajach udali się na kilka dni do Gabonu, gdzie zostali gościnnie przyjęci przez naszych braci. Owocem ich wizyty w Gabonie było zebranie materiału filmowego i fotograficznego dotyczącego naszych misji i rzeczywistości gabońskiej, a zdobytym doświadczeniem będą się teraz dzielić przy różnych okazjach w Polsce.

  
Gabon przywitał nas uderzającym ciepłem i wilgotnością przypominającymi nagrzaną saunę. Pierwsze wrażenie afrykańskiej rzeczywistości było niesamowite. Dzięki życzliwości braci z Essassa mogliśmy zobaczyć nieco okolice naszych misji i zapoznać się z ich pracą duszpasterską, a jako, że był to czas przedświąteczny - tej pracy było więcej. Pomimo tego znalazł się również czas na krótki wypoczynek nad brzegiem oceanu.

Gabon przywitał nas uderzającym ciepłem i wilgotnością przypominającymi nagrzaną saunę. Pierwsze wrażenie afrykańskiej rzeczywistości było niesamowite. Dzięki życzliwości braci z Essassa mogliśmy zobaczyć nieco okolice naszych misji i zapoznać się z ich pracą duszpasterską, a jako, że był to czas przedświąteczny - tej pracy było więcej. Pomimo tego znalazł się również czas na krótki wypoczynek nad brzegiem oceanu.


   Bracia żyjąc w trzech wspólnotach spotykają się ze sobą dość często przy różnych okazjach, od kilku miesięcy te spotkania ubogacone są przez obecność sióstr serafitek z Polski. Razem z księdzem kapelanem wojsk francuskich stacjonujących w Gabonie, ks. Krzysztofem tworzą silną polską wspólnotę w Gabonie.
   Essassa - pierwsze miejsce obecności naszych braci. Do wspólnoty należą obecnie: br. Jarosław Antoniak - przełożony misji i proboszcz Melen, br. Łukasz Woźniak, gwardian i proboszcz Essassa, br. Jerzy Flis i br. Grzegorz Świderski. Essassa jest wioską położoną przy dość ruchliwej drodze krajowej nr 1. Oprócz braci Kapucynów znajduje się tam klasztor sióstr klarysek oddalony o 3 kilometry. Bracia posługują co niedzielę na miejscu w Essassa i w kilku kaplicach dojazdowych. Na terenie parafialnym znajduje się podstawowa szkoła katolicka, zarządzana przez państwo, a w tym roku bracia planują dzięki zebranym w Polsce środkom wybudować przychodnię, która będzie służyć pomocą medyczną mieszkańcom. W czasie pobytu w tym miejscu miałem możliwość zakosztowania afrykańskiego duszpasterstwa: celebracji liturgii w duchu gabońskim (choć zupełnie po katolicku), sprawowania sakramentu spowiedzi czy namaszczenia chorych. Było to bardzo ciekawe i ubogacające doświadczenie.

Ntoum - druga wspólnota położona w 5-ciotysięcznym miasteczku. Gwardianem klasztoru jest br. Franciszek Tołczyk, a proboszczem parafii został ostatnio br. Paweł Truszkowski. Niedawno dołączył do nich br. Jacek Dybała. 11 stycznia odbyło się uroczyste wprowadzenie na urząd nowego proboszcza br. Pawła, który pełen zapału objął swoją posługę i został życzliwie przyjęty przez parafian. Na terenie parafii mieści się również szkoła podstawowa i przedszkole, którego budynek ucierpiał niedawno przez zerwanie dachu wskutek silnego wiatru. Obok misji znajduje się również mała przychodnia zdrowia, gdzie w tygodniu przyjmuje miejscowy lekarz i pielęgniarka. Ntoum jest niewielkim miasteczkiem, jednakże mieści się tam kilka szkół podstawowych i licealnych. Stąd też przy parafii pojawia się dużo młodzieży i dzieci. Dla tych młodych ludzi br. Paweł zorganizował przed świętami półgodzinną pielgrzymkę pieszą z Ntoum do Nkan, gdzie w kaplicy miejscowej wspólnoty odbyło się nocne czuwanie adwentowe. Niezwykła żywiołowość i radość śpiewającej i tańczącej młodzieży przypominała, że Adwent jest czasem radosnego oczekiwania, choć nie zabrakło również i modlitewnego skupienia, spowiedzi i adoracji po północy.

Maleo w Gabonie
Cocobeach - misja położona nad brzegiem Atlantyku u ujścia rzeki oddzielającej Gabon od Gwinei Równikowej. Wspólnotę tworzą bracia: Dariusz Jagodziński - gwardian i proboszcz parafii, Sławomir Ziątek i Daniel Stelmaszek. Do parafii Cocobeach należy dziesięć kaplic położonych przy drodze, gdzie regularnie odprawiana jest Msza święta oraz kilka wiosek przy brzegu rzeki, do których bracia mają dostęp jedynie dwa razy do roku przy pomocy wypożyczanej łodzi. Misja położona w bardzo malowniczym miejscu i w dodatku przewiewnym, co jest wielką wartością w gabońskich warunkach. W czasie mojego kilkudniowego pobytu trafiłem na odbywającą się wizytę duszpasterską w parafii, widziałem państwowy szpital pozbawiony wszelkiego sprzętu medycznego, w porównaniu z którym polski wygląda bardzo luksusowo i bogato. W międzyczasie udało się nam odwiedzić wraz z braćmi Danielem i Sławkiem małą i bezludną wyspę należącą do Gwinei Równikowej, gdzie można było zwiedzić opuszczone ruiny zamku. W czasie mojego pobytu niemiłą przygodę przeżył misyjny kot, który pewnego dnia rano przyszedł nieco zdezorientowany i ledwo żywy, ponieważ w nocy ktoś zaczął go żywcem kroić. Nikt nie wie kto, ale sąsiad misji, Gwinejczyk, sam kiedyś się braciom chwalił, że kot to prawdziwy przysmak i on bardzo ze swoją rodziną lubi go przyrządzać.

 Jest jeszcze parafia w Melen - sanktuarium narodowe, gdzie urząd proboszcza pełni br. Jarosław Antoniak. Sanktuarium góruje nad okolicą i przybywa do niego dość dużo, jak na gabońskie warunki ludzi. W tym miejscu wzniesione zostały dwa domy dla braci i dla sióstr serafitek. Tutaj planowane jest w przyszłości powstanie czwartego klasztoru, jednakże w chwili obecnej brakuje jeszcze środków do wykończenia budynków i zrobienia odpowiedniego dojazdu.

   Praca duszpasterska naszych braci w Gabonie nie jest prosta, wiąże się z koniecznością znoszenia ciężkiego klimatu, z zagrożeniami ze strony niezwykle aktywnej natury, z trudnościami odmiennymi nieco od tych z polskich realiów. Jest to jednak niekończąca się przygoda, która powoduje, że misjonarze zakochują się w Afryce i wciąż odnawiają swój zapał misyjny. W ich imieniu proszę o modlitwę za misje i misjonarzy, żeby napełnieni pokojem od Pana mogli czynić dobro wśród ludzi, do których są posłani.

   br. Piotr Wrotniak
   sekretarz misyjny

komentarze (1) | dodaj komentarz

Siostry Serafitki z Polski w Gabonie

poniedziałek, 06 października 2008 10:05
 Jedenastego września 2008 roku, późnym popołudniem, przyleciały do Gabonu trzy siostry Serafitki. Swój pobyt i pracę rozpoczęły od zamieszkania w wynajętym domu u pani Józefiny w Melen, w pobliżu sanktuarium. W niedzielę 14-go września uczestniczyły w spotkaniu Polaków (tych o których wiemy) żyjących w Gabonie. Okazało się, że jest nas 15 osób, w tym 5 sióstr zakonnych, nas 8 kapucynów (plus 2 na urlopie), kapelan wojsk francuskich ks. Krzysztof Kowalczyk i honorowy konsul RP Andrzej Dębski, który nie mógł przybyć na spotkanie. Następnego dnia siostry Serafitki udały się wraz z br. Jarkiem Antoniakiem do bpa Bazylego Mve Egone.

Siostry i bracia z córką prezydenta Gabonu
W środę 17 września, z „niewiadomych przyczyn" zmar­ła w taksówce 42 letnia właścicielka domu w którym zamieszkały siostry, pani Józefina. Najprawdopodobniej została otruta przez własną rodzinę, co tutaj jest zjawiskiem dosyć częstym. Policja mogłaby rozpocząć śledztwo ale dopiero po opłaceniu przez rodzinę jego kosztów. Więc kółko się zamyka. Na pogrzeb pani Józefiny pojechał br. Jarek wraz z siostrami.




W niedzielę 21 września w Melen miała miejsce uroczystość patronalna Matki Bożej Bolesnej. Mszy św. przewodniczył arcybiskup Bazyli Mve. Matka Boża Bolesna jest patronką zgromadzenia Sióstr Serafitek więc po mszy świętej pojechaliśmy na uroczysty obiad do domu sióstr, na którym też zagościła Agnes Mba, córka pierwszego prezydenta Gabonu (na zdjęciu poniżej).


 W Gabonie siostry mają posługiwać przy sanktuarium w Melen oraz otworzyć małą przychodnię dla najbardziej potrzebujących.
   br. Jacek Dybała

komentarze (8) | dodaj komentarz

Polskie wyprawy wgłąb dżungli gabońskiej

poniedziałek, 15 września 2008 12:30

 

Gabon staje się powoli miejscem zainteresowań polskich naukowców i podróżników. Na przełomie lipca i sierpnia b.r. trzech polskich traperów udało się wgłąb dżunglii gabońskiej, aby stanąć oko w oko z nienaruszoną przez człowieka naturą. W organizowaniu ekspedycji pomagał im br. Jerzy Flis, nasz misjonarz z misji w Essassa. Więcej informacji na ten temat oraz materiały z wyprawy będzie można wkrótce zobaczyć na stronie poświęconej tej ekspedycji www.minkebeexpedition.com

Pod koniec sierpnia odbyła się druga, zdecydowanie mniejsza wyprawa, w której wziął udział jeden z naszych misjonarzy - br. Jacek Dybała. Swoimi wrażeniami dzieli się w obszernej relacji:

Zdjęcia z wyprawy do obejrzenia w GALERII


   "Jeden z polskich uczestników wyprawy do Parku Narodowego Minkébe Expedition, Paweł Wojtyszyn, postanowił wyruszyć jeszcze raz w tamte okolice ale tym razem do malutkiej, jak myślał, kopalni złota. Dołączył do niego drugi Polak - Marek Matysiak. Jako trzeci wyruszyłem z nimi we wtorek rano 26 sierpnia ze stacji kolejowej Owendo, na południe od Libreville. Jak na początek szło bardzo dobrze, było tylko 40 minut spóźnienia. Niestety dojechaliśmy ledwie do Ntoum i… zepsuły się hamulce w jednym z 10 wagonów. Po nieudanej próbie naprawy z kolejnym dwugodzinnym opóźnieniem wyruszyliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy Park Narodowy Lope z piękną równikową sawanną (położoną w terenach górzystych).

 Około 19.00, już po zmroku dojechaliśmy do Booué, gdzie po małym posiłku składającym się z gotowanej antylopy i manioku złapaliśmy „taksówkę" do Makokou oddalonego o 200 km. W starej, dziewięcioosobowej terenowej Toyocie było nas 14-cioro. Jako dosyć niski siedziałem z tyłu wozu, gdzie nie można było nawet na siedząco wyprostować się. Jechaliśmy siedem godzin po laterytowej kurzącej się drodze. O godzinie 3.00 nad ranem przybyliśmy do Makokou. Wyglądaliśmy jak górnicy po zakończeniu zmiany. Na szczęście szybko znaleźliśmy nocleg w motelu. Następnego dnia odwiedziłem miejscowego biskupa Józefa informując go o naszych planach i zamiarze odprawienia niedzielnej mszy gdzieś w dżungli lub w którejś z wiosek.

W czwartek, 28 sierpnia, jeszcze przed świtem poszliśmy na skrzyżowanie, na którym zatrzymuje się taksówki. Po dwóch godzinach oczekiwania znalazł się chętny i zabrał nas w 120 kilometrową drogę przez Góry Belinga do wioski Mayibout. Droga zajęła nam niecałe 5 godzin. Mayibout to przyrzeczna 400. osobowa wioska, w której w 1994 roku wybuchła epidemia wirusa Eboli, podczas której zmarło 40 osób. Pierwszą rzeczą przed jakimkolwiek innym działaniem było zgłoszenie się do szefa wioski i poinformowanie go o naszych planach. Po miłej pogadance okazało się, że tego dnia do Minkebe (wioska przy kopalni) pirogi już nie wypływają. Na nasze szczęście nazajutrz o 6.00 rano miał być jakiś kurs z czterema pasażerami.
   Jak zwykle godzina 6.00 rano okazała się 9.00 ale ważne, że znalazło się miejsce i dla nas. Drewniana piroga z ośmiokonnym silnikiem nie była motorówką więc płynęliśmy powoli w górę rzeki Ivindo, by po godzinie skręcić w mniejszą Nouna. Przed nami pozostawało jeszcze około 150 km.

 Urokliwa rzeka stawała się coraz węższa i trudniejsza do przebycia. W czasie dłużących się godzin „upolowaliśmy" żółwia, który niestety był za mały na posiłek a do pirogi wpadło 5 rybek. Zaskoczeniem było także mijanie pirog, które puste lub z ludźmi wracały z Minkebe. Dawało nam to do myślenia czy aby przypadkiem z małej wioski nie zrobiło się coś większego. Uciążliwością podróży były muchy Tse-Tse i coraz bardziej bolące od ciągłego siedzenia… tyłki.
Tego dnia płynęliśmy do zapadnięcia zmroku. Po drodze napotkaliśmy kilka małych rybackich osad (camp) i w jed­nej z nich przenocowaliśmy. W takim campie żyje zazwyczaj rodzina, dwie, która zajmuje się polowaniem i rybołówstwem. Z rana, tym razem punktualnie (murzyni nie zmrużyli oka, gdyż nie mieli ani namiotów ani moskitiery), popłynęliśmy dalej. Zatrzymawszy się w jednej z osad nasi współtowarzysze podróży przygotowali śniadanie składające się z pysznego rybnego bulionu i manioku, my dodatkowo kupiliśmy wędzonego węża, który w smaku przypominał węgorza. Kolejne cztery godziny i około południa przycumowaliśmy w przystani" Minkebe, z której do osady było jeszcze 2 km pieszo pod górę. Ku naszemu wielkiemu zdziwieniu mała wioska okazała się „miastem" z 4.000 mieszkańców, a wiec było to, co do wielkości, drugie po Makokou miasto w województwie.
Miasto to szumna nazwa. Liche, drewniane domostwa, najczęściej kryte czarną folią, śmieci walające się gdzie popadły, brak opieki lekarskiej, szkoły, wysoka śmiertelność, głównie z powodu malarii (raz przybyło tutaj 40. Kameruńczyków i w ciągu miesiąca zmarło 15.) ale i z drugiej strony są sklepy w których można kupić to wszystko co w Makokou. Poza tym bary, restauracje, piekarnie, „salony fryzjerskie" a wszędzie energia elektryczna wytwarzana przez małe generatory.
Sporo jest tam ludzi bogatych (jak na gabońskie warunki) a ceny w sklepach porównywalne do cen w luksusowych restauracjach w stolicy kraju, np. półtoralitrowa butelka wody – 3 euro, piwo w barze – 2 euro, bagietka – 1 euro. Nic dziwnego, ż wielu mieszkańców chodzi na polowania do otaczającej ich dżungli co pozwala na zaoszczędzenie sporej sumy ciężko zarobionych pieniędzy. Niestety, w mieście ani kościoła ani kaplicy, można powiedzieć jak owce bez pasterza. Wiadomo, że nie wszyscy to katolicy ale jak się dowiedzieli, że następnego dnia, w niedzielę, będzie odprawiana Msza święta w altance szefa osady to bardzo wiele ludzi się ucieszyło." br. Jacek Dybała OFMCap

 

 

komentarze (0) | dodaj komentarz

 1234  »

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 9 lutego 2010

Licznik odwiedzin: 17477

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728

Kontakt

Sekretariat Misyjny
ul. Kapucyńska 4
00-245 Warszawa
POLSKA
(+48) (22) 635-74-25
(+48) (22) 831-31-09
(+48) 600-407-349
e-mail: kapucyni.misje@wp.pl
www.misje.ofmcap.pl

O naszym bloogu

Bloog poświęcony kapucyńskiej misji w Gabonie. Gabon jest jednym z siedmiu krajów na świecie, gdzie bracia kapucyni z prowincji warszawskiej prowadzą działalność misyjną. Początek misji polskich zakon...

więcej...

Bloog poświęcony kapucyńskiej misji w Gabonie. Gabon jest jednym z siedmiu krajów na świecie, gdzie bracia kapucyni z prowincji warszawskiej prowadzą działalność misyjną. Początek misji polskich zakonników w tym afrykańskim kraju to sierpień 2000 roku.

schowaj...

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 24.11.2009 16:55:49
  • autor: afaszcz
  • treść: Pax et Bonum!
    ...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 17477
Bloog istnieje od: 980 dni

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 17.09.2009 21:30:03
  • autor: slavkosnip
  • punkty: 100
  • treść: Jest to pierwszy blo...